502Tytuł przebojowego filmu z 1997 roku w reżyserii Barry’ego Sonnenfelda, w którym główne role zagrali Tommy Lee Jones i Will Smith, ma swoje źródło w jednej z amerykańskich legend miejskich. Według zwolenników teorii spiskowych mianowicie rząd Stanów Zjednoczonych od lat jest w kontakcie z przedstawicielami cywilizacji pozaziemskich, a prawdę o tym pieczołowicie ukrywa przed opinią publiczną, być może dla uniknięcia masowej paniki, a może z sobie tylko znanych powodów. Liczne opowieści osób święcie przekonanych, że były uczestnikami tak zwanych “bliskich spotkań” z “obcymi”, mówią o tym, że krótko po takich spotkaniach osoby te nawiedzali tajemniczy mężczyźni ubrani w czarne garnitury i czarne okulary. Często także miały je śledzić równie tajemnicze czarne samochody. Kraje postkomunistyczne również mają podobną legendę, chociaż nie dotyczy ona spraw “nie z tego świata”. Mowa o historii czarnej Wołgi, która miała krążyć po ulicach w latach 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku, a jej pojawianiu się ponoć towarzyszyły porwania dzieci. Różne wersje legendy sugerują, że pojazdem poruszali się księża lub zakonnicy, którzy porwanym dzieciom wycinali narządy odsprzedawane następnie bogatym Niemcom. O ile trudno mówić o jakiejkolwiek prawdzie w tych opowieściach, o tyle łatwo zidentyfikować ich źródło. Najprawdopodobniej plotka jest wytworem inżynierii społecznej prowadzonej przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i została sfabrykowana w celu z jednej strony ośmieszenia podobnych bajek, z drugiej zdyskredytowania przedstawicieli Kościoła w oczach obywateli. Inna sprawa, to fakt, że Wołga była przecież ulubionym autem przedstawicieli ówczesnej władzy, która w oczach społeczeństwa jawiła się jako ucieleśnienie zła i niedoli. Sama Wołga natomiast, to klasyczny samochód produkowany od 1946 roku w radzieckich (a później rosyjskich) zakładach GAZ, nie bez kozery nazywana “sowieckim mercedesem”, z racji przyświecającej jej konstrukcji idei “pięknej linii”, wysokiego jak na ówczesne warunki poziomu komfortu i właśnie zamiłowania, jakim obdarzali ją rozmaici notable. Warto dodać, że notable z wątpliwym wdziękiem przywdziewający zazwyczaj jednak popielate lub szare – nie zaś czarne – garnitury…

4.mediumGdyby chcieć udać się w podróż historyczną po światowej motoryzacji w poszukiwaniu najbardziej uniwersalnego samochodu, to jedno z czołowych miejsc zdecydowanie należałoby się niepozornemu autku, które “zmotoryzowało” Polską Republikę Ludową. Mowa oczywiście o popularnym “maluchu”, jak do dziś nazywa się Fiata 126. Chociaż jego produkcję zakończono limitowaną serią tysiąca egzemplarzy o wdzięcznej nazwie “Happy End” we wrześniu 2000 roku, to po dziś dzień można jeszcze wiele zachowanych w bardzo różnym stanie aut zobaczyć na polskich drogach. Sam pojazd – jako się rzekło – “zmotoryzował” kraj. Samochód produkowany w Polsce na licencji włoskiej od 1973 roku stał się z miejsca marzeniem i celem każdej niemal polskiej rodziny. Przez wiele lat był absolutnie najpopularniejszym autem na naszych ulicach. Na “maluchu” wychowało się wiele pokoleń kierowców, a chociaż przez ten czas stał się obiektem wielu niewybrednych żartów i kpin, to większość z nas wspomina go z olbrzymim sentymentem. Jednym z najbardziej znanych żartów na temat Fiata 126p jest rozszyfrowanie jego nazwy jako “Fatalnej Imitacji Auta Turystycznego 1-osobowego, 2-biegowego, 6-krotnie Przepłaconego”. Inne potoczne określenia, jakie wobec niego stosowano, to między innymi: mały Fiat, bąbel, czy kaszlak. A jednak – mimo tych drwin – trudno odmówić tej prostej konstrukcji niewątpliwych zalet. Wiadomo, że malucha – oprócz tego, do czego był przeznaczony w zamyśle – stosowano między innymi podczas orki w charakterze ciągnika, na terenach wiejskich przerabiano go na hybrydę samochodu i wozu (w normalnych warunkach ciągniętego przecież przez… konia) , nie mówiąc już o licznych budowanych na bazie jego podzespołów pojazdach typu “buggy”, czy amatorskich quad’ach. Zdarzały się nawet próby zastosowania silnika z Fiata 126p do napędzania motocykli. Krążą także legendy o tym, że wśród górali z okolic Wisły był to jeden z najpopularniejszych samochodów… terenowych, bowiem z odpowiednio dociążonym usytuowanym z przodu bagażnikiem jako jedyny potrafił wspiąć się na prawie każdą górę. Ile w tym ostatnim twierdzeniu jest prawdy – do końca nie wiadomo. Wiadomo jednak, że w tym “małym ciele” krył się naprawdę “wielki duch”!

1980_fiat_ritmo_85s_cabriolet_14_mHistoria powszechna – chociaż często przedstawiana w postaci rozmaitych linii czasu – ma to do siebie, że toczy się wielotorowo. Dotyczy to również historii motoryzacji, która w różnych regionach świata rozwijała się w różnym tempie i różnych kierunkach. O ile Stany Zjednoczone do dziś nieodmiennie kojarzą się z dużymi rodzinnymi autami o dużym zużyciu paliwa, a jednocześnie wyjątkowym komforcie jazdy – zwanymi nie bez powodu “krążownikami szos”, o tyle w Europie królowały z jednej strony samochody oszczędne i tanie – jak choćby niemiecki Volkswagen Garbus, francuskie Renault 5, czy brytyjski Morris Mini – z drugiej zaś wyjątkowe auta sportowe, na przykład angielski Jaguar, albo włoskie Lamborghini. Na osobny rozdział w księdze legend światowej motoryzacji zasługują jednak pojazdy z tak zwanych “byłych demoludów”. Jednym z najważniejszych symboli automobilizmu za “żelazną kurtyną” stał się oczywiście Trabant. To produkowane we NRD autko bywa do dziś określane pieszczotliwą nazwą “mydelniczka”, a to za sprawą charakterystycznego kształtu i wykonywanej w późniejszych latach z niskiej jakości tworzywa sztucznego karoserii. Trabant w żadnej mierze nie był samochodem rodzinnym, o osiągach nie warto nawet mówić, nie zapewniał komfortu jazdy, ani tym bardziej bezpieczeństwa podróżującym. Był jednak stosunkowo tani, łatwo dostępny, a dzięki prostej – wręcz prymitywnej” – konstrukcji możliwy do naprawienia u przysłowiowego kowala. Początkowo wyposażony w dwusuwowy silnik napędzany mieszanką benzyny ołowiowej z olejem pojazd pozostawiał po sobie charakterystyczną błękitno – siwą mgiełkę o niezapomnianym “aromacie”, pod koniec produkcji ewoluował w auto prawie nowoczesne, którego sercem stała się czterosuwowa jednostka pochodząca z nowoczesnego jak na owe czasy Vokswagena Polo. “Prawie” jednak robi – jak głosi pewna znana reklama – dużą różnicę, a Trabanta – mimo “polowskiego” silnika – trudno nazwać nawet “opakowaniem zastępczym” dla Volkswagena. Niemniej jednak do dziś pojazd zdążył zgromadzić sporą rzeszę miłośników, którzy wciąż zachwycają się tym wytworem NRD-owskiej motoryzacji, organizując nawet specjalne zloty!

subaru_impreza_09Na początku lat pięćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, na fali masowej niemal fascynacji szybkością i wyścigami samochodowymi, powstało auto, które do dziś pozostaje jedną z największych legend współczesnej motoryzacji. To oczywiście Chevrolet Corvette. Produkowany początkowo jako dwumiejscowy roadster, kabriolet o nadwoziu z tworzyw sztucznych, od samego początku idealnie wpisuje się do segmentu pojazdów sportowych. Priorytetem przy jego projektowaniu było zachowanie jak najwyższych osiągów, przy jednoczesnym zapewnieniu względnego luksusu i całkowitym ignorowaniu wszelkiego rodzaju oszczędności zarówno podczas eksploatacji, jak i przy zakupie. Słowem był i jest to samochód drogi, elitarny i niemal doskonały. Co ciekawe, chociaż od zarania swojego istnienia był doskonale znany amatorom szaleństwa na czterech kółkach, fanom motoryzacji i wyścigów, o tyle do jego masowej rozpoznawalności i osiągnięcia statusu symbolu “amerykańskiego snu” przyczyniła się paradoksalnie… rola w niezbyt wysokich lotów serialu dla młodzieży. Żółta “korweta” zagrała bowiem rolę w święcącym olbrzymie triumfy, chociaż mało ambitnym, tasiemcu “Beverly Hills 90201”. To właśnie tym autem przyjeżdżał do szkoły (sic!!!) średnio zdolny, za to bardzo bogaty lekkoduch Steve Sanders grany przez Iana Zieringa. Postać Steve’a dla dzieciaków z całego świata stała się za sprawą serialu ucieleśnieniem amerykańskiego stylu życia, a siłą rzeczy jego Chevrolet Corvette urósł do rangi symbolu. Myliłby się jednak ten, kto twierdzi, że samochód ten jest znany głównie z tego, że “jest znany”. Pojazd bowiem przez ponad pięćdziesiąt lat produkcji przeszedł wiele zmian, a wprowadzane nieustannie udoskonalenia sprawiły, że przez cały ten czas utrzymuje się w światowej czołówce aut sportowych dopuszczonych do poruszania się po drogach publicznych.

toyota_corolla_01W 1985 roku Marty McFly cofnął się o trzydzieści lat w czasie. Dokonał tego z pomocą swojego zwariowanego przyjaciela Doca Browna i wyposażonego w tajemniczy kondensator strumienia wykorzystujący ponad 1,20 gigawata mocy samochodu marki DeLorean. Ten ostatni błyskawicznie stał się ucieleśnieniem motoryzacyjnych marzeń tysięcy młodych ludzi na całym świecie. Symbolizował połączenie nowoczesnej – wręcz futurystycznej – technologii, sportowej sylwetki i osiągów. W przeciwieństwie jednak do wielu wehikułów występujących w mniej lub bardziej wpisujących się w gatunek “fantastyki” filmów – ten był… zupełnie prawdziwy. Bo choć w rzeczywistości nie posiadał wspomnianego wcześniej “kondensatora strumienia” i nie miał zdolności przenoszenia się w czasie, to model DeLorean DMC-12 faktycznie istniał i był produkowany seryjnie. Samochód – znany powszechnie po prostu jako DeLorean, był to bowiem jedyny model w ofercie producenta – był wynikiem marzeń swojego konstruktora Johna DeLoreana. Produkowane początkowo w Irlandii auto zaprojektowane zostało przez ludzi odpowiedzialnych za stworzenie słynnego Lotusa Esprit. Samochód miał kształt klina, podnoszone drzwi, uchodzące wówczas za supernowoczesne i bardzo efektywne – kanciaste linie nadwozia, dwunastozaworowy sześciocylindrowy silnik o mocy niemal 130 koni mechanicznych i karoserię wykonaną… ze stali nierdzewnej! Z założenia pozbawione lakieru auto wyglądało wyjątkowo modernistycznie. Jedną z jego najważniejszych wad była jednak… cena wynosząca ostatecznie niemal 28 tysięcy dolarów! DeLorean produkowany był jedynie przez dwa lata, a do jego śmierci przyczyniła się właśnie wygórowana cena i wybitnie wysoka awaryjność. Mimo jednak tego, że samochód stał się znany powszechnie już po zakończeniu produkcji, to za sprawą Marty’ego McFly z filmowej trylogii “Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa, kolejne pokolenia chłopców wciąż marzą o tym, by kiedyś w ich garażu zaparkował DeLorean DMC-12. Najlepiej przerobiony przez szalonego doktorka…

bentley_hunaudieres-1266730 września 1955 roku w miejscowości Cholame w USA w wypadku samochodowym zginął najsłynniejszy zbuntowany nastolatek wszech czasów – Jim Stark, a dokładniej jego odtwórca w filmie “Buntownik bez powodu” James Dean. Aktor znany był ze swojego zamiłowania do wysokich prędkości – brał regularnie udział w wyścigach samochodowych – i to ta właśnie pasja stała się jego zgubą. Dean zginął bowiem prowadząc swój sportowy wóz Porsche 550 Spyder, w drodze na wyścigi w kalifornijskim Salinas. Z autem Deana wiąże się jednak legenda, która niejedną osobę może przyprawić o dreszcz strachu. Otóż Bill Hackman, który pracował z aktorem przy filmie “Olbrzym” nadał mu przydomek “Little Bastard”, czyli “Mały Skurczybyk”. Deanowi tak spodobało się to przezwisko, że kazał znajomemu lakiernikowi wymalować je na karoserii samochodu. Kiedy zobaczył to Alec Guinness, stwierdził, że pojazd “wygląda złowrogo”. Według legendy miał też powiedzieć: “Jeśli wsiądziesz do tego auta, za tydzień znajdą Cię w nim martwego”. Było to dokładnie na siedem dni przed feralnym wypadkiem, który zakończył życie młodej ikony światowego kina. To jednak nie koniec opowieści, bowiem choć pechowe Porsche 550 Spyder zostało niemal kompletnie roztrzaskane, to jednak jego historia potoczyła się dalej. Wrak miał zakupić słynny mechanik George Barris. Niemal natychmiast po tym podczas transportu resztki samochodu spadły z przyczepki łamiąc mu nogę. Barris sprzedał silnik i układ napędowy oddzielnie dwóm lekarzom, którzy następnie ścigając się ze sobą obaj ulegli wypadkom. Pierwszy z nich zginął, gdy po utracie kontroli nad swoim pojazdem wpadł na drzewo, drugi odniósł poważne obrażenia wypadając z zakrętu. Dwie opony, które George Barris sprzedał, wybuchły w trakcie jazdy. Poważne rany odnieśli również dwaj złodzieje, którzy niezależnie od siebie próbowali ukraść części auta. Podczas wystawy dotyczącej bezpieczeństwa drogowego feralny Spyder stanął w płomieniach niszcząc wszystko wokół. Sam pojazd wyszedł z pożaru niemal bez szwanku. Ostatecznie auto miało być zwrócone w 1960 roku Barrisowi, jednak podczas transportu zniknęło bez śladu. Od tego czasu słuch po nim zaginął.

Jaguar_XK_E_Type_CelebrationW 1863 roku w amerykańskim stanie Michigan irlandzkiemu farmerowi urodził się syn. Malec jednak nie poszedł w ślady ojca, przejawiał za to wielką fascynację techniką. W wieku 32 lat zbudował swój pierwszy prototyp samochodu osobowego i – jak się później okazało – fakt ten zaważył na całym jego życiu. Człowiek o którym mowa, to Henry Ford. Początkowo współzałożyciel Detroit Automobile Company – przekształconej później w Cadillac Automobile Company – szybko poróżnił się ze wspólnikami i postanowił pójść swoją drogą zakładając własną firmę: Ford Motor Company. Henry Ford osobiście sprawdzał jakość opuszczających fabrykę pojazdów składając na każdym z nich potwierdzający ją własnoręczny podpis. To jednak powodowało poważne opóźnienia w produkcji, nie pozwalało również na rozwinięcie jej na większą skalę i obniżenie kosztów. Tymczasem obsesją Forda było właśnie stworzenie samochodu “dla amerykańskiej rodziny”. Samochodu, który miałby zrewolucjonizować ówczesną motoryzację. Auto miało być proste w konstrukcji, tanie, a jednocześnie zbudowane przez najlepszych fachowców i z najlepszych materiałów. Henry Ford był ponoć człowiekiem bezkompromisowym i upartym, toteż szybko udało mu się zrealizować swoje plany. W ten sposób w 1908 roku fabrykę opuścił pierwszy egzemplarz Forda T. Choć sam samochód przeszedł już do legendy stając się jedną z ikon światowej motoryzacji, to z jego powstawaniem wiąże się jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. Otóż rozpoczęcie produkcji Forda T uznaje się oficjalnie za początek masowej motoryzacji, bowiem – chociaż nie był to pierwszy samochód składany na taśmie produkcyjnej – to był pierwszym składanym z gotowych prefabrykowanych elementów, a organizacja pracy wprowadzona przez szefa firmy zrewolucjonizowała nie tylko przemysł motoryzacyjny, ale wszelkiego rodzaju masową produkcję.

Skuter-–-plusy-i-minusy

Wielka Brytania to według obiegowej opinii kraina nieustającego deszczu i mgły, a także ludzi o wyjątkowo flegmatycznym charakterze. Jak ma się ten popularny obraz do rzeczywistości najlepiej jest zweryfikować samemu, jest jednak jeden symbol, którego znaczenie nie ulega żadnej wątpliwości. To oczywiście Morris Mini, znany także jako Austin Mini, lub po prostu Mini. Pojazd powstał jako odpowiedź na nękający Wyspy Brytyjskie w drugiej połowie lat pięćdziesiątych kryzys paliwowy spowodowany ograniczonymi dostawami ropy naftowej poprzez zablokowany wówczas Kanał Sueski. Rząd rozważał reglamentację paliwa, a opracowanie niewielkiego, taniego i bardzo ekonomicznego samochodu, jako alternatywy dla królujących wtedy na drogach “krążowników”, stało się koniecznością. Wysiłku tego – za sprawą szefa firmy Leonarda Lorda – podjął się zespół British Motor Company. W kwietniu 1959 roku pierwszy pojazd o wdzięcznej nazwie “Mini” zjechał z taśmy produkcyjnej. Od tego czasu brytyjska motoryzacja nigdy już nie była taka sama, bowiem autko stało się symbolem o rozpoznawalności porównywalnej do legendarnej marki Rolls – Royce! Najważniejsze cechy Mini, to przede wszystkich bardzo charakterystyczny kształt i konstrukcja zapewniająca – mimo niewielkich rozmiarów – całkiem solidna ilość miejsca w kabinie. Ten mikry “brzydal” bardzo szybko stał się ikoną popkultury lat sześćdziesiątych. Dziś oryginalny Mini nie jest już produkowany, a jego następca – produkt niemieckiego BMW sprzedawany pod marką MINI (pisane wielkimi literami) – budzi liczne kontrowersje. Zagorzali zwolennicy klasycznego auta pałają do nowego “malucha” wręcz nienawiścią, wśród dużej części przedstawicielek płci pięknej zyskał olbrzymią popularność, a specjaliści zajmujący się motoryzacją twierdzą, że to jedyna rozsądna kontynuacja stylu legendy przy jednoczesnym zachowaniu wszelkich współczesnych norm technologicznych. Jedno jest jednak pewne – do dziś tradycyjny Mini pojawia się w niemal każdym brytyjskim filmie…

ferrari-f430-spiderWe Francji nazywano go “biedronką”, na Kubie “jajeczkiem”, w krajach anglosaskich “żukiem”, w rodzinnych Niemczech – “chrząszczem”. Mowa oczywiście o kultowym już aucie, czyli Volkswagenie Garbusie. Jego historia sięga 1934 roku, kiedy to Ferdynand Porsche przedłożył Adolfowi Hitlerowi memorandum, w którym przedstawił założenia “samochodu dla ludu”. Chodziło o to, by pojazd mieścił przynajmniej 4 osoby, był ekonomiczny w codziennej eksploatacji, tani i niezawodny. Mniej więcej rok później światło dzienne ujrzał pierwszy prototyp. Ostatecznie samochód ten stał się tym, czym dla Polski Ludowej popularny “maluch” – auto zrewolucjonizowało rynek motoryzacyjny. W krótkim czasie stało się ikoną stylu na całym świecie, a przez cały okres produkcji powstały dwadzieścia dwa miliony egzemplarzy. Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych nie było trudno zobaczyć na polskich drogach “klasycznego” Garbusa. Dziś miłośników marki szukać trzeba raczej na zlotach zabytkowych pojazdów. Następcę modelu – już pod międzynarodową nazwą “Beetle” – można było jeszcze nie tak dawno kupić w autoryzowanych salonach Volkswagena, jednak nie zdobył on specjalnej przychylności zarówno kierowców zakochanych w Garbusie, jak i młodego pokolenia, dlatego w 2003 roku jego produkcja została ostatecznie zakończona, a legenda pojazdu dzięki któremu Fuhrer zmotoryzował niemieckie społeczeństwo niestety powoli umiera.

Jest takie auto, które stało się legendą amerykańskiego stylu życia. Nie chodzi tu bynajmniej o popularną “corvettę”, czy inne “buicki”. To legendarny już mustang z sześćdziesiątego czwartego roku. Mowa rzecz jasna o jednym z najbardziej klasycznych i rozpoznawalnych samochodów świata, czyli fordzie mustangu – modelu z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego czwartego roku. Chociaż prototypy auta miały swoje premiery kilka lat wcześniej, to właśnie wtedy legenda weszła do produkcji seryjnej. W ciągu pierwszego dnia od oficjalnego ogłoszenia – znanego wcześniej z sukcesów wyścigowych – rozpoczęcia produkcji pojazdu, złożono ponad dwadzieścia dwa tysiące zamówień. Jak się okazało – nigdy nie zrealizowano tej pierwszej transzy. Oczywiście samochód był produkowany przez wiele lat, ale model “64” nigdy nie trafił do rąk tylu kierowców, ilu złożyło zamówienie. Między innymi dlatego do dziś ten kultowy już samochód stanowi obiekt powszechnego pożądania i jeden z symboli tego, czym jest motoryzacja. W latach dziewięćdziesiątych próbowano przywrócić “mustanga” do łask, jednak nie udało się przekonać zaprzysięgłych zwolenników marki do nowej jego wersji, szczególnie, że – jak pokazała praktyka – oprócz kanciastego nadwozia pozbawionego jakiegokolwiek charakteru, jego najbardziej rozpoznawalną cechą była podobno awaryjność.

Polecane strony:

System reklamy Test



Tagi

Archiwa

maj 2012
P W Ś C P S N
« lutego    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031